HARLEY MI W DUSZY GRA…

HARLEY MI W DUSZY GRA…

Wywiad z Panem Mirosławem Kuczmą

– Jest Pan znany w swoim środowisku ze swych upodobań do motocykli… Jak zaczęła się Pana przygoda?

 

– Przygoda, sama w sobie, zaczęła się w dzieciństwie – od rowerów. Rower też ma dwa koła, nie ma wprawdzie silnika, ale jazda na nim jest tak samo przyjemna jak na motocyklu. Jako młody chłopak zacząłem od przerabiania rowerów, potem przyszedł czas na motocykl Jawa 50 Sport, który odziedziczyłem po ojcu. Naprawiałem go, od razu przeciąłem, przerobiłem, by był sprawniejszy. Cały czas pracowałem nad tym, by motocykl miał większe osiągi, był „podrasowany”, po prostu szybszy, miał lepsze hamulce.

 

– Czyli potrzebna była wiedza…

 

– Początkowo nie było wiedzy, tylko próby i doświadczenia. Najważniejsze, żeby być ciekawym danego tematu. Oczywiście, na poczatku wiele razy poniosłem klęskę na tym polu, ale tym samym nauczyłem się czegoś.

 

– Dlaczego Harley-Davidson i czy ceni Pan jeszcze jakąś inną markę motocyklową?

 

–  Akurat serce mi mówi i skłania mnie do Harleya, chociaż mam Kawasaki, Suzuki, mam w swojej kolekcji wiele różnych marek. Tak naprawdę jestem harleyowcem z krwi i kości, ale nie wstydzę się i nie zamykam się w obrębie tej jednej marki, wszystkie lubię.

 

– Co Pan czuł, gdy stał się Pan posiadaczem swojego pierwszego „Harry’ego”?

 

– Trudno powiedzieć, co czułem, ponieważ przeżywałem to przez dłuższy czas. Swojego pierwszego Harleya składałem trzy lata: od 1990 do 1993. To były lata ciężkiej pracy i z każdym elementem, który był dokręcany – czy stworzony do tego motocykla, czułem euforię. Życzę tego każdemu. Praca cieszy o wiele bardziej niż kupno gotowego motocykla. Kiedy ukończyłem pracę nad tym modelem, to czegoś mi zabrakło, stałem się po części nieszczęśliwy… Szczęśliwy, oczywiście, dlateczo że mogłem jeżdzić, nieszczęśliwy, bo nie miałem nic następnego. W takich okolicznościach zabrałem się za następny projekt i następny… I do dnia dzisiejszego się to rozwija.

 

– Niektórzy twierdzą, że Harley-Davidson to nie tylko motocykl, to styl życia. Czy zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

 

– Trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ w ogóle każdy motocyklista musi zmieniż życie. Bycie harleyowcem ma dwa różne oblicza: można być harleyowcem tak zwanym „obwieszonym”, czyli z frędzlami, którego pokazują kamery, a można być „skrytym”, jak ja. Bardziej mi w duszy ten Harley gra. Jadąc na motocyklu czuję w środku satysfakcję, że jadę, a nie dlatego, że ktoś na mnie patrzy. A wracając do rowerów, to te same odczucia mamy, czy jedziemy na rowerze, czy na motocyklu. Mamy bliskość z otoczeniem, czujemy zapachy. Niestety, ta bliskość podczas upadku może doprowadzić do obrażeń ciała – w samochodzie chroni nas karoseria, poduszki powietrzne, pasy bezpieczeństwa. W przypadku motocykla musimy się liczyć z tym, że nic nas nie chroni. Nie każdy o tym pamięta, a zwłaszcza w Polsce motocykliści są przez kierowców samochodów bardzo źle traktowani, są spychani nieraz z drogi. Upadek z motocykla grozi poważnymi obrażeniami a niekiedy nawet śmiercią.

 

– Jak Pańska rodzina odnosi się do tego hobby?

 

– Myśląc o rodzinie mam na myśli w pierwszej kolejności żonę, którą na początku musiałem „wkręcić” w tę pasję. Dała się namówić, zresztą, sama również zrobiła prawo jazdy i jest kobietą, która sama prowadzi motocykl. Żeby dobrze poczuć motocykl, najlepiej jeździć samemu. Dlatego właśnie „zrzuciłem balast”.

 

– Dokąd odbył Pan swoją najdalszą podróż motocyklową?

 

– Podróż zawsze zatacza koło…Najdalsza moja podróż to 7 tysiecy km, podzielona na etapy po około 700 km dziennie. Chcąc zwiedzić Europę i zobaczyć ciekawe miejsca, trzeba pokonać tak długie trasy. Z perspektywy motocykla zwiedziłem Skandynawię, Dolomity, Hiszpanię. Najdłuższy jednorazowy etap podróży, jaki udało mi się pokonać, to 1700 km (z czego połowa na autostradzie).

 

– Jeśli  nie Harley – to co innego?

 

– Nie wiem… Może wędkarzem bym był. Wiele rzeczy w życiu jest wspaniałych. Lubię sport. Wf-u uczył nas Pan Adam Śląski, który w nas zaszczepił pasję do sportu. Mieliśmy cztery boiska, w zimie zawsze było oświetlone lodowisko z bandą, które robiliśmy właśnie z Panem Adamem i jego synem, Panem Maciejem Śląskim. Dzięki temu bardzo dobrze graliśmy w hokeja. Wyjeżdżaliśmy też na narty. Wszystko to docenia się szczególnie po latach, zwłaszcza surowych nauczycieli. Moją wychowawczynią była Pani Bałchan, wszyscy się jej baliśmy, ale do dzisiaj pamietam geografię, znam się na mapach i przydaje mi się to dzisiaj podczas dalekich wypraw. Dzięki geografii z Panią Bałchan nie boję się jechać na koniec świata. A poza tym, to właśnie nasza wychowawczyni organizowała nam najlepsze wycieczki.

 

– Czy odwiedzał Pan kiedyś Folwark Cyziówka? Jest tam Wystawa Starych Motocykli…

 

– Cóż za pytanie?! W Cyziówce na wystawie całorocznej jest mój motocykl Harley-Davidson (rocznik 1939) – moje pierwsze dzieło z 1991 roku. Znajduje się tam jeszcze jeden Harley VL, który remontowałem aż rok, jest specjalnie postarzony… Polecam gorąco wyjazd do tego miejsca.

 

– Ile motocykli posiada Pan w tej chwili w swojej kolekcji i który z nich jest Pana ulubionym?

 

– Obecnie posiadam około 40 sztuk motocykli. Moim ulubionym motocyklem jest Panhead z 1964 roku. Poświęciłem ponad trzy lata pracy, żeby doprowadzić go do obecnego stanu, oczywiście wszystko jest robione ręcznie. Jego serce pochodzi z motocykla, który występował w legendarnym filmie „Easy Rider”, dlatego jest to kultowy model. Właśnie na tym motocyklu jechałem do ślubu, a z kościoła wiozłem już na nim moją żonę.

 

– Czy jest Pan dumny ze swoich motocykli?

 

– Jestem dumny, ponieważ w swoją pracę wkładam całe serce. Mam taką radę dla wszystkich młodych ludzi: Znajdżcie swoją pasję! Obojetne, co to będzie. Jak się robi, to co się kocha, nie czuje się upływu czasu. Ja nie noszę zegarka. Nie muszę.

 

– Dziękujemy serdecznie za poświecony nam czas.

 

– Dziękuję również.

 

Kamila Chmiel, kl. 6a, Nikola Stępień, kl. 6a

Wiktoria Ślęzak, kl. 6a, Kornelia Tekiela, kl. 6a